Wydawało mi się, że to depresja – okazało się, że to diagnoza ADHD i PTSD

Autor: Karolina

Przez lata byłam przekonana, że to depresja. Wszystko na to wskazywało – wyczerpanie, beznadziejność, mgła, która nigdy się nie rozwiała. Tabletki nie pomagały. Rady nie przynosiły ulgi. A potem, po latach, terapeuta powiedział coś, czego się nie spodziewałam: „Może to wcale nie jest depresja”.

Te słowa uderzyły jak grom z jasnego nieba. I co dziwne, pierwszym uczuciem nie była ulga – to był strach. Nie strach przed nową diagnozą, ale strach przed utratą tego, co w cichy sposób stało się rodzajem strefy komfortu. Kiedy było ciężko, kiedy życie stawało się szare, mogłam się uspokajać: to tylko depresja. To nie jest prawdziwe. To nie jestem ja.

Ale co jeśli to nie była depresja? Co jeśli mgła nie była iluzją? Co jeśli najgorsze rzeczy, w które wierzyłam o sobie – że jestem żałosna, leniwa, niezdolna – były prawdziwe?

Tam, skąd pochodzę, zdrowie psychiczne nie istniało

W byłym sowieckim kraju, z którego pochodzę, zdrowie psychiczne zasadniczo nie istniało – przynajmniej nie w sposób, w jaki rozumiemy je dzisiaj. Jeśli objawy były do opanowania, traktowano je jako wady charakteru, coś do załatwienia po cichu i w samotności. Jeśli nie – stawałeś się psycholem, kimś, kogo należy unikać, wykluczyć, a najlepiej zamknąć w instytucji.

Wizyta u specjalisty od zdrowia psychicznego była powodem do wstydu – znakiem, że jesteś zbyt słaby, by „po prostu się z tym pogodzić”. Ale zamiatanie spraw pod dywan nie sprawia, że znikają. Od kobiet oczekiwano, że będą cierpieć w milczeniu. Mężczyźni topili swój ból w alkoholu.

Dla zmagających się dzieci istniały tylko dwie etykiety: upośledzone umysłowo lub niezdyscyplinowane. Żadnych pośrednich opcji. Choć miałam objawy podobne do depresji, odkąd pamiętam, wiedziałam lepiej niż się odzywać. Mówiąc o tym, naraziłabym się tylko na więcej kary, więcej wstydu i świeże oskarżenie: „Po prostu wymyślasz wymówki dla swojego lenistwa„.

Co dziwne, to podejście miało swoje zalety. Próbując uniknąć podejrzeń i kary, rozwinęłam potężne mechanizmy radzenia sobie. Nie łagodziły bólu, ale pozwalały mi funkcjonować – nawet w najgorszych momentach.

Pierwsze podejrzenia o depresji

Kiedy dotarłam do college’u, pojawiły się pierwsze nieśmiałe próby normalizacji zdrowia psychicznego. Najbardziej znacząca była ogólnokrajowa kampania uświadamiająca na temat wypalenia zawodowego i depresji. Prawdopodobnie zignorowałabym ją, jak większość ludzi wokół mnie – gdyby nie wykładowca psychologii, który poruszył ten temat podczas wykładu.

Coś w sposobie, w jaki to opisał – ton, słowa, cicha powaga – trafiło do mnie. Po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy to, co zawsze postrzegałam jako osobiste porażki, może być czymś więcej.

Jak to często bywa, kiedy coś wzbudzi moje zainteresowanie, rzuciłam się na głęboką wodę. Czytałam wszystko, co mogłam znaleźć. I wkrótce wydawało się jasne: objawy, z którymi żyłam, niemal idealnie pasowały do diagnozy.

Ale piętno wciąż było ogromne. Nie zamierzałam ryzykować swojej przyszłości, odwiedzając psychiatrę. Zamiast tego sięgnęłam po książki o samopomocy i strategie radzenia sobie. Większość nie pomogła – przynajmniej nie w sposób, na jaki liczyłam – ale czułam się bezpieczniej niż gdybym została oficjalnie oznaczona etykietką.

Pierwsze leki i rozczarowanie

Podczas praktyk szpitalnych w końcu zwróciłam się do lekarza, któremu ufałam. Cicho, ostrożnie poprosiłam o radę. Rozmawialiśmy. Tłumaczyłam. On słuchał. Wyszłam z receptą na antydepresanty i szczegółowymi instrukcjami dotyczącymi ich stosowania. Żadnej formalnej diagnozy. Żadnej dokumentacji. Tylko milcząca umowa: nie rujnujmy przyszłości studentki, zanim się zacznie.

Ale tabletki nie zadziałały. Kilka miesięcy później przepisano mi coś innego – co tylko pogorszyło sytuację. Skutki uboczne były silne, a objawy się pogłębiły. Rzuciłam je całkowicie.

Wróciłam do swoich zwykłych strategii radzenia sobie – teraz z dużą dawką kofeiny (tradycja studencka, jeśli nic innego) i pościgiem za dopaminą, gdziekolwiek mogłam ją znaleźć. To działało, w pewien sposób. Przynajmniej przez jakiś czas.

Po tym rozczarowaniu nie zawracałam sobie głowy szukaniem profesjonalnej pomocy. Po prostu przebijałam się przez wszystko, co nadchodziło, przekonana, że to jedyna opcja, jaką mam.

System, który utrzymuje przy życiu – ale niewiele więcej

Przez lata robiłam dokładnie to – radziłam sobie, jak mogłam. O niczym nie mówiłam. Nauczyłam się tak dobrze maskować swoje objawy, że nawet ja czasami wierzyłam w to przedstawienie. Byłam zbyt zawstydzona, by pokazać, co czuję, choć część mnie wiedziała, że to nie są wady charakteru, ale prawdopodobnie skutki stanu – lub może wielu stanów – oraz ciężar nierozwiązanej traumy.

Wciąż pracując w środowisku medycznym, czasami zajmowałam się samoleczeniem. Próbowałam różnych leków, które teoretycznie miały łagodzić objawy – ale większość z nich nie robiła nic. Co gorsza, niektóre wydawały się robić coś odwrotnego do tego, co powinny.

Z perspektywy czasu wskazówki były tam cały czas. Sposób, w jaki anksjolityki sprawiały, że byłam niespokojna i nerwowa. Antydepresanty pogorszyły mój stan. Dziwny spokój, jaki znajdowałam w dużych ilościach stymulantów. Te reakcje nie pasowały do depresji – ale wtedy nie wiedziałam, do czego pasują. Jak to mówią, mądrość przychodzi po fakcie.

Dopiero po latach, gdy negatywne uczucia osiągnęły szczyt, w końcu poszukałam pomocy. Rozumiałam, że jestem bliska utraty kontroli – i szukając rozwiązania, wiedziałam, że mogę zaryzykować utratę kariery.

Mimo to poszłam.

Kolejna próba terapii

Terapeuta był względnie zgodny. Choć szybko potwierdził to, co od dawna podejrzewałam – że cierpię na depresję – zgodził się umieścić inną diagnozę w oficjalnych dokumentach, taką, która nie zagroziłaby moim zawodowym certyfikatom czy licencjom.

Kiedy podzieliłam się swoimi wcześniejszymi doświadczeniami z antydepresantami i innymi lekami, terapeuta zasugerował inną ścieżkę – opartą na terapii poznawczo-behawioralnej, zdrowych nawykach i czystej diecie. Dałam z siebie wszystko. I chociaż pomogło mi to zbudować pewne zdrowsze nawyki, nie zrobiło nic, by złagodzić objawy, z którymi tam przyszłam.

W końcu terapeuta stwierdził – tonem, którego nigdy nie zapomnę – że być może po prostu „nie chciałam, żeby mi pomóc„. I na tym nasza współpraca się zakończyła.

Nic się tak naprawdę nie zmieniło.

Wreszcie właściwe pytanie i diagnoza ADHD i PTSD

Znów minęły lata. Żyłam i radziłam sobie, ale nie zastanawiałam się zbytnio nad tymi problemami – były po prostu faktami życia, z którymi musiałam się mierzyć. Potrzeba było kolejnego dołka, takiego który niemal pchnął mnie za krawędź, bym po raz kolejny poszukała profesjonalnej pomocy w walce z problemami ze zdrowiem psychicznym.

Tym razem jednak sytuacja potoczyła się inaczej. Szukanie szybkiego rozwiązania czy społecznie akceptowalnej etykiety nie wchodziło w grę. Wiedziałam, że coś musi się zmienić, nawet jeśli miałoby to mieć swoją cenę.

To, co nastąpiło, nie było delikatnym procesem. Był krótki okres obserwacji w warunkach klinicznych, którego nie planowałam, ale nie mogłam uniknąć. Rodzaj miejsca z zamkniętymi drzwiami, sterylnym światłem i cicho zadawanymi szablonowymi pytaniami.

Wyszłam z mało konkretną diagnozą związaną z depresją i bez jasnego planu poza tym, że mam się zgłosić do psychiatry „kiedy będzie możliwe”. Lek, który mi podano – bez nazwy, bez wyjaśnienia – pogorszył sytuację. Jakakolwiek poprawa odnotowana w mojej karcie prawdopodobnie wynikała z jednej rzeczy: chciałam stamtąd wyjść. I wiedziałam dokładnie, co powiedzieć, jak się zachować, żeby to się stało.

To nie było wyzdrowienie. To było przetrwanie pod nadzorem.

Być może zostawiłabym to tak. Ale delikatnie zachęcona przez przyjaciela – i kilka osób, które znały prawdziwy powód mojego pobytu w szpitalu – zdecydowałam się spróbować po raz ostatni.

Po dokładnych poszukiwaniach znalazłam obiecującego terapeutę i umówiłam się na wizytę.

Diagnoza ADHD i PTSD – przełom

Ten nowy terapeuta zadawał pytania, których nikt wcześniej nie zadał. Nie zaczął od listy kontrolnej czy bloku recept, ale od ciekawości. I gdzieś pomiędzy rozmową o objawach, strategiach radzenia sobie i emocjonalnych ślepych zaułkach powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę:

„Może to wcale nie jest depresja. Czy kiedykolwiek byłaś badana pod kątem ADHD?”

Nieco ponad tydzień później podejrzenia terapeuty zostały potwierdzone. To było ADHD.

Historia ukryta za diagnozą

Na początku nie byłam przekonana. ADHD? Brzmiało to niewiarygodnie. Nie przerywałam ludziom w pół zdania. Nie skakałam po ścianach. Nie byłam taką osobą.

Ale im więcej czytałam – im głębiej kopałam – tym bardziej to miało sens. Nie w dramatyczny, jak uderzenie pioruna sposób, ale w powolnym, niepokojącym uświadomieniu. Tak wiele rzeczy, które uważałam za wady charakteru lub emocjonalne porażki, okazało się cechami. Objawami. Strategiami przetrwania.

Niepokój. Przeciążenie sensoryczne. Niekończące się zaczynanie bez kończenia. Zapomniane spotkania, hiperfokus, cykle wypalenia, rozproszone myśli ukryte za starannie skomponowaną fasadą. Nawet sposób, w jaki kofeina mnie uspokajała zamiast pobudzać – wszystko wskazywało w jednym kierunku.

Nie wyjaśniało to wszystkiego. Ale wyjaśniało wystarczająco dużo, by zachwiać fundamentem. Wystarczająco, by zacząć kwestionować historię, którą zbudowałam o sobie – tę, w której byłam po prostu leniwa, zdezorganizowana lub niewystarczająco się starająca.

Kompleksowe PTSD – brakujący element układanki

Jednak coś pozostawało. Nawet po zrozumieniu, jak działa mój mózg, były części mnie, które nie do końca się układały – części, których samo ADHD nie mogło wyjaśnić.

Od dawna podejrzewałam, że mam pewne objawy PTSD. Ale rzadko się nad nimi zastanawiałam. Były do opanowania, przez większość czasu. Szum w tle. Przypadkowe skoki, które nauczyłam się przetrwać lub stłumić. Poza tym, po wielu traumatycznych doświadczeniach, które przeżyłam, wydawały się… oczekiwane. Niemal zwyczajne.

Czego nie zdawałam sobie sprawy – nawet po tym, jak przyjaciółka (która jest psychologiem) delikatnie zasugerowała, że może to być złożone PTSD, diagnoza później potwierdzona przez mojego terapeutę – to jak głębokie były te rany. Jak bardzo mnie ukształtowały.

Nie tylko flashbacki czy nagłe zapadnięcia się w panikę. Ale sposób, w jaki czytałam nastroje ludzi, zanim cokolwiek powiedzieli. Sposób, w jaki dostosowywałam się, by uniknąć konfliktu. Strach przed byciem ciężarem. Nieustanna potrzeba udowodnienia swojej użyteczności. Cisza, którą niosłam – nie tylko w mowie, ale w niepozwalaniu sobie na potrzebowanie czegokolwiek.

Myślałam, że to są po prostu części mojej osobowości. Nie zdawałam sobie sprawy, że to były blizny.

Poznanie złożonego PTSD nie było rewelacją – raczej powolnym, trudnym rozliczeniem. Oś czasu przewinięta i ponownie przeanalizowana w innym świetle. Zaczęłam dostrzegać wzorce, których wcześniej nie widziałam. Wybory, które podejmowałam. Ludzie, z którymi zostawałam. Role, które przejmowałam – zawsze ta odpowiedzialna, naprawa, bufor.

Tak wiele rzeczy przyjmowałam za pewnik jako po prostu to, jak wygląda życie. Ale to nie było życie – to była adaptacja. Ta świadomość nie sprawiła, że objawy zniknęły, ale nadała im kształt. I co ważniejsze, dała mi inny rodzaj współczucia dla siebie. Nie tego rodzaju, który wszystko usprawiedliwia, ale tego, który wreszcie rozumie, dlaczego rzeczy były tak trudne przez tak długi czas – i dlaczego nic wcześniej nie działało.

Etykiety nie wystarczają

Jedna rzecz, którą zrozumiałam przez to wszystko, to jak łatwo zdrowie psychiczne zostaje zredukowane do wygodnych kategorii. Lubimy etykiety, które są szybkie, znajome i łatwe w leczeniu – depresja, lęk, wypalenie zawodowe.

Ale prawdziwi ludzie nie zawsze pasują do schludnych pudełek diagnostycznych. Objawy nakładają się na siebie. Trauma się maskuje. Neuroróżnorodność jest błędnie odczytywana jako niestabilność emocjonalna. Zamiast starannego rozważenia, niuansów i cierpliwego słuchania, zbyt wielu z nas otrzymuje ogólne rady lub domyślne diagnozy, które kompletnie chybiają.

Staje się jeszcze gorzej, gdy sprawy eskalują w sytuacje awaryjne. Często instytucje, które mają pomagać, nie oferują wiele poza utrzymaniem kogoś przy życiu – a to, co oferują, to zazwyczaj podejście uniwersalne. Oczywiście to lepsze niż nic. I czasami pomaga. Ale też szkodzi.

Czego nauczyło mnie doświadczenie z diagnozą ADHD i PTSD

Chciałabym móc powiedzieć, że otrzymanie właściwych diagnoz wszystko zmieniło. Że kiedy miałam już nazwy dla tego, co nosiłam, ciężar zniknął. Ale prawda jest cichsza.

To, co się zmieniło, to nie ból – nie od razu – ale sposób, w jaki go rozumiałam. Przestałam postrzegać siebie jako zepsutą. Przestałam wierzyć, że jakoś zawodzę w byciu osobą.

Zdrowienie, jak się przekonałam, nie polega na powrocie do tego, kim byłaś, zanim sprawy poszły źle. Chodzi o nauczenie się życia z prawdą o tym, kim jesteś – z kontekstem, ze współczuciem i z mniejszą liczbą przeprosin.

I może, tylko może, zaczyna się od tego, że ktoś zada właściwe pytanie.

Historia Ani, mojej znajomej, którą wspierałam w trudnych chwilach.

Tagi

ADHD, depresja, PTSD, terapia, zdrowie psychiczne

O autorze

Karolina

Nazywam się Karolina, mam 42 lata i zajmuję się psychologią codzienności – czyli tym, jak nasz sposób myślenia wpływa na emocje, decyzje i szczęście.

Piszę o nawykach, samoświadomości i psychologicznych trikach, które naprawdę pomagają wprowadzać trwałe zmiany w życiu. Wierzę, że wszystko zaczyna się od myśli – a potem działa cała reszta.

Jeśli masz pytania - pisz: karolina@feelhappy.pl


Zobacz także

Zostaw komentarz
{"email":"Email address invalid","url":"Website address invalid","required":"Required field missing"}